TASDJ*PL- HODOWLA KOTÓW RASOWYCH.
W hodowli koty rasowe Brytyjskie albo Brytyjczyki, kocięta
Szkockie i rasowe koty Sfinks lub Sphynx.
Kocięta, koty rasowe, reproduktory danych ras.
W serwisie który nazwaliśmy KOTY RASOWE - RASOWE KOTY -
znajdziecie bieżące informacje ze świata kociego i
Stowarzyszenia Koty Rasowe , Forum KOTY.PL - na którym
można wymieniać się doświadczeniami i uzyskać niezbędne
porady , KOCIAKI DLA CIEBIE to mioty kocie na sprzedaż
z naszej hodowli , OGŁOSZENIA HODOWLANE -to darmowe
ogłoszenia zwierzęta, koty, psy ,w zakładce RASY KOTÓW-
znajduje się encyklopedia kotów, RANKING STRON o tematyce zwierzęcej KATLOG STRON który zajmuje się promocją stron w internecie,mamy relacje z wystaw ,galerie zdjęć kocich i inne ciekawostki.Staramy się cały czas coś zmieniać dokładać aby Oglądający nie znudzili się portalem TASDJ*PL
Od kilku lat miłośnicy zwierząt alarmują, że w jednej z podkaliskich miejscowości prowadzona jest dzika hodowla psów.
Według kaliskiego stowarzyszenia Help Animals, czworonogi trzymane są w skandalicznych warunkach. Psy są bowiem uwiązane na zbyt krótkich łańcuchach, a wielu za budy służą beczki ułożone bokiem. Właściciel sprzedaje je głównie na targowiskach. Są to przede wszystkim psy zbliżone wyglądem do ras uznawanych za niebezpieczne.
O sprawie pisaliśmy pierwsi już pięć lat temu. Wówczas właściciel reklamował się w internecie, że prowadzi „hodowlę psów bojowych”. Po naszym artykule Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami złożyło doniesienie do prokuratury.
Jego działacze twierdzili, że psy spod Kalisza uczestniczyły w nielegalnych walkach. Właściciel miał je hodować w taki sposób, aby potęgować w zwierzętach agresję. Prokuratura ostatecznie sprawę umorzyła z braku dowodów.
W ostatnich dniach o hodowli ponownie zrobiło się głośno po tym, gdy sprawą zainteresowała się telewizja Polsat. Według Help Animals, w ostatnich latach los prawie 200 zwierząt hodowanych pod Kaliszem nie poprawił się. Za sprawą stowarzyszenia sprawa trafiła do sądu. Okazuje się, że hodowla została formalnie zarejestrowana na Renatę L.
Kobiecie zarzucono, że „znęcała się nad hodowanymi psami, świadomie dopuszczając do zadawania im bólu i cierpień”. Miało to być spowodowane tym, że zwierzęta były trzymane w nieocieplonych budach, w stanie
– jak to określono – rażącego niechlujstwa. Właścicielka odpowiadała również za to, że nie zapewniła zwierzętom pojemników na wodę i karmę oraz za to, że na własną rękę przycinała psom uszy, co od kilku lat jest zabronione. Z aktu oskarżenia wynika ponadto, że część czworonogów miała być uwiązana do drzew, bez jakichkolwiek zadaszeń chroniących je przed deszczem czy słońcem. Stosowanie beczek zamiast bud miało zaś uniemożliwiać psom swobodne poruszanie się.
Takie traktowanie miało z kolei potęgować u zwierząt lęki i fobie. Ostatecznie właścicielka została ukarana przez Sąd Rejonowy w Kaliszu karą grzywny w wysokości 1000 złotych.
– Wyrok jest dla nas trudny do zaakceptowania – mówi Sylwester Piechowiak, prezes Stowarzyszenia Help Animals. – Poza karą finansową sąd nie spowodował niczego, co zmieniłoby los zwierząt. Wiele z nich ma spaczoną psychikę i są agresywne.
Nieprawidłowości w hodowli potwierdzały kontrole weterynaryjne.
– Zwierzęta miały wiele ran, szczególnie na łbach w okolicach uszu. Poza tym miały bardzo nieudolnie skopiowane uszy. Robienie tego samodzielnie jest zabiegiem niedopuszczalnym w świetle prawa – mówiła w rozmowie z telewizją Joanna Kokot-Ciszewska, starszy inspektor weterynaryjny ds. zdrowia zwierząt.
Właściciel hodowli, z którym wczoraj rozmawialiśmy, nie chce komentować całej sprawy. Uważa jednak, że jego psy nie są źle traktowane. Jednocześnie zapewnia, że jest gotów zmienić ich warunki bytowe oraz oddać psa za złotówkę każdemu, kto zapewni mu godziwy byt.
Skuteczność wykrywania nowotworu złośliwego przez wyszkolone psy na podstawie zapachu wynosi od 70 do 90 procent - uważają naukowcy.
- W Polsce psy szkoli się do wykrywania markerów zapachowych raka płuca i piersi. Za granicą podejmowano także próby wyszkolenia psów do wykrywania markerów zapachowych raka pęcherza, jajników i prostaty - mówi prof. Tadeusz Jezierski z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN w Jastrzębcu pod Warszawą.
Podczas badań wykorzystywane są naturalne zdolności psa do węszenia i rozróżniania różnych zapachów w śladowych ilościach.
Badania w Instytucie Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN zostały zapoczątkowane w 2003 roku. Pretekstem do ich podjęcia były dwa krótkie doniesienia w renomowanym czasopiśmie medycznym "The Lancet" o psach, które spontanicznie, bez szkolenia, swoim specyficznym zachowaniem przyczyniły się do wykrycia nowotworu skóry (czerniaka) u swoich właścicieli.
W literaturze medycznej na przełomie lat 2002 i 2003 zostało opisane następujące wydarzenie: pewna Brytyjka zauważyła, że jej pies stale lizał i wąchał znamię na jej nodze. Powiadomiła o tym lekarza. Po wykonaniu biopsji został przeprowadzony zabieg chirurgiczny. Po usunięciu chorej tkanki pies przestał interesować się tym miejscem.
Na konferencji naukowej w Wielkiej Brytanii w 2003 roku zasugerowano podjęcie szerszych badań nad specjalistycznym wyszkoleniem grupy psów do rutynowego wykrywania markerów zapachowych chorób nowotworowych.
Psy szkoli się w tzw. szeregu zapachowym. Na ogół w szeregu jest pięć pojemników. Ustawiane są one w pomieszczeniu w odległości 1,2 m od siebie. Pies jest nagradzany za prawidłowe wskazanie wzorcowej próbki zapachowej, czyli pochodzącej od osoby z już stwierdzoną choroba nowotworową.
- W naszych badaniach pies wącha próbkę wydychanego powietrza. W innych ośrodkach do badań używano próbek moczu lub nawet skrawki tkanki nowotworowej - mówi prof. Tadeusz Jezierski.
Wygląda to tak, że po kilku sekundach obwąchiwania pies siada lub kładzie się przy próbce, która "pachnie" rakiem. Najprawdopodobniej psy reagują na zapach organicznych substancji lotnych, takich jak alkany i pochodne benzenu, które produkowane są przez nowotworową tkankę i uwalniane do krwi, a następnie do moczu, potu i wydychanego powietrza.
Dobre rezultaty szkolenia uzyskuje około 30 proc. psów ras znanych z dobrego węchu - labradorów, owczarków, sznaucerów i spanieli. Jak podkreśla prof. Jezierski, skuteczność wykrywania nowotworu złośliwego przez wyszkolone psy na podstawie zapachu wynosi od 70 do 90 proc. Szkolenie psa trwa kilka miesięcy. - Zależy to od zdolności zwierzęcia i tresera. W Instytucie rozpoczynamy szkolenie psów w wieku od mniej więcej 7-8 miesięcy do 2 lat - dodaje naukowiec.
Jego zdaniem, gdyby udało się udowodnić, że psy ze stosunkowo małym odsetkiem błędów odróżniają próbki zapachowe we wczesnych stadiach rozwoju choroby, można by pomyśleć o ich zastosowaniu do badań przesiewowych. Nie można jednak twierdzić, że psy zastąpią diagnozę medyczną - podkreśla.
- Metoda mogłaby sprawdzić się zwłaszcza w krajach, gdzie dostęp do nowoczesnej aparatury jest utrudniony. Nie ma jak dotąd dobrych testów przesiewowych dla raka płuca, brak jednoznacznego wpływu okresowych prześwietleń RTG na wskaźnik umieralności na raka płuca, zaś jeśli chodzi o raka piersi, to prasa donosi, iż około 30 proc. wyników badań mammograficznych robionych w Polsce nadaje się do wyrzucenia z powodu niesprawności sprzętu - zauważa prof. Jezierski.
Od kilku lat, m.in. w USA, są również prowadzone badania nad określeniem rodzaju oraz procentowego składu lotnych związków organicznych charakterystycznych dla chorób nowotworowych. Stosuje się do tego celu chromatografię gazową w połączeniu ze spektrometrią mas. W Polsce tego typu badania podjęto ostatnio na Uniwersytecie im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.
Badania nad wykorzystaniem psów do wykrywania nowotworów są prowadzone w kilku placówkach na świecie. Dwie z nich znajdują się w Wielkiej Brytanii, dwie w Stanach Zjednoczonych. Próby podejmowano również w Szwecji. "Domyślam się, że szkolenie takich psów jest podejmowane przez wielu treserów-amatorów, ponieważ metoda była kilkakrotnie publikowana w czasopismach" - dodaje prof. Jezierski.
Jak podkreśla, największą przeszkodą w prowadzeniu badań jest "naiwna" inteligencja psów, przejawiająca się w próbach "oszukania" opiekuna, by zdobyć nagrodę niezależnie od poprawności wskazań. "Próbują drogi na skróty: nie sprawdzają wszystkich próbek albo wskazują na chybił trafił, licząc, że uda się dostać nagrodę-smakołyk bez poprawnego wykonania zadania. Stąd musimy mieć do nich ograniczone zaufanie" - opowiada.
Przy pozyskiwaniu "wzorcowych" próbek zapachowych od pacjentów z pełną diagnozą choroby nowotworowej prof. Tadeusz Jezierski współpracuje z Centrum Onkologii w Warszawie. Próbki są używane do szkolenia i kontroli prawidłowości wskazań psów. Za swój największy sukces naukowiec uważa opracowanie obiektywnej metody oceny wiarygodności wskazań psów w szeregu zapachowym.
- Psy mimo doskonałego węchu o czułości i selektywności ok. tysiąc razy lepszej niż współczesna aparatura analityczna, niestety nie są nieomylnymi aparatami analitycznymi. Wiarygodność detekcji z użyciem psów zależy nie tylko od węchu, ale również od zdolności wytworzenia trwałego i niezawodnego odruchu warunkowego tzn. skojarzenia odpowiedniego zachowania (sygnalizowania) ze znalezieniem szukanego zapachu - mówi.
- Opracowaliśmy różnego typu testy pozwalające ocenić skłonność psa do wskazań przypadkowych, posługiwania się innymi bodźcami niż węchowe, kierowania się +wskazówkami+ nieświadomie sygnalizowanymi przez człowieka itp. Pozwala to bardziej rzetelnie ocenić możliwość użycia psów w praktyce - tłumaczy prof. Jezierski.
Polkowiczanie załatwiający sprawy w ratuszu, nie powinni się zdziwić, kiedy drogę przebiegnie im kotka. - To nasz mruczek przy urzędzie - śmieją się pracownicy. Wszyscy bardzo lubią tego zwierzaka.
Jak ma na imię? Urzędnicy właściwie nie mają pojęcia. Raz mówią na nią Gruba, innym razem Kicia. Ktoś inny wymyśla dla niej nowe imię na poczekaniu.
Dla dachowca żadne drzwi w magistracie nie są zamknięte. Bywa we wszystkich pomieszczeniach polkowickiego ratusza. - Chyba nie ma ulubionego wydziału, lubi skradać się pod biurkami, spaceruje tam, gdzie ma ochotę - mówi rzecznik w urzędzie gminy Anna Osadczuk. - Zauważyłam, że bardzo lubi się zdrzemnąć w gabinecie burmistrza lub jego zastępcy - dodaje.
Jak się dowiedzieliśmy, ratuszowy pupil, nigdy nie chodzi głodny. - Na zmianę kupujemy jakieś smakołyki dla naszej kotki - wyjaśnia rzecznik.
- Nikt nie pamięta od jak dawna tutaj jest. Raz jedna z urzędniczek chciała ją zabrać do domu. Nie udało się, Kicia wróciła do ratusza - wspomina A. Osadczuk.
Gruba, czy jak kto woli Kicia, chodzi własnymi drogami. Bywa, że znika na dwa, trzy dni. Teraz jest wysterylizowana, choć był czas, że miała kocięta.
Ostatnio spotkaliśmy Kicię w poniedziałek po południu. Spacerowała z gracją po parapetach na pierwszym piętrze ratusza. Wyglądała na zadowoloną. Chyba nawet mruczała.
Jeśli kot błąka się po okolicy, myśliwy może a nawet powinien go odstrzelić
- usłyszeliśmy wczoraj w prokuraturze. Tyle że takie zwierzę należy zutylizować, a nie sprzedawać z niego skórę - twierdzą weterynarze. Co więcej, taki handel jest zakazany w krajach Unii.
Wczoraj rano akta sprawy "kociej skóry”, którą kupiliśmy w ubiegłym tygodniu w centrum Biłgoraja, trafiły do tamtejszej Prokuratury Rejonowej.
- Sprawdzamy, czy skóry zostały pozyskane w sposób legalny, a także w jaki sposób doszło do uboju kotów, jeśli w ogóle do niego doszło - wyjaśnia Zbigniew Reszczyński, prokurator rejonowy w Biłgoraju.
- Z tego co słyszałem i co ustaliła policja, ten pan jest myśliwym i odstrzela dzikie koty. A myśliwi mają taki obowiązek, jeśli napotkają dzikiego kota 200 metrów od zabudowań.
Przypomnijmy. Idąc śladem ogłoszenia w biłgorajskiej prasie, dotarliśmy do człowieka oferującego kocie skóry. Kupiliśmy jedną i przekazaliśmy organom ścigania. W piątek usłyszeliśmy od policji, że mężczyzna zbiera koty potrącone przez samochody. Jednak ani prokuratura, ani policja nie zwróciły się do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Biłgoraju, by ten sprawdził, czy skóry (w domu mężczyzny zabezpieczono kilka) nie pochodzą z chorego zwierzęcia i nie zagrażają zdrowiu ludzi.
- Inspekcję weterynaryjną mogła powiadomić policja - odsyła nas prokurator Reszczyński.
- Czekamy na wytyczne prokuratury - odpowiada na to Milena Galarda, rzecznik policji w Biłgoraju.
Tymczasem lekarze weterynarii nie mają wątpliwości: nie można wprowadzać do obrotu skór zwierząt niewiadomego pochodzenia. - Kot mógł być zarażony np. wścieklizną
- tłumaczy Zbigniew Domiński, powiatowy lekarz weterynarii w Biłgoraju. - Dlatego jego zwłoki powinny być bezwzględnie zakopane, albo przekazane do utylizacji.
Inaczej powstaje zagrożenie dla ludzi i innych zwierząt.
Jasne stanowisko w tej sprawie zajmuje też Unia Europejska. Rozporządzenie nr 1523/2007 stanowi: "(...) Koty i psy uważane są za ulubione zwierzęta domowe, dlatego też nie do przyjęcia jest używanie ich skór lub produktów zawierających takie skóry. Zakazuje się wprowadzania do obrotu, przywozu do Wspólnoty lub wywozu ze Wspólnoty skór z kotów i psów oraz produktów zawierających takie skóry”.
Państwa UE, w tym także Polska, zostały zobowiązane do dostosowania w tym względzie swoich przepisów do 31 grudnia 2008 r. - Słyszałem o tym przepisie - mówi prokurator Reszczyński. - Ale nie wiem, czy ma on zastosowanie w tym przypadku.
Prokuratura już rok temu prowadziła postępowanie w tej sprawie. Zostało umorzone.
Okaleczone, gwałcone, bite, głodzone i przetrzymywane w strasznych warunkach zwierzęta – czy mają szansę na normalne życie? Fundacja dla Ratowania Zwierząt Bezdomnych EMIR daje im na to szansę.
Do fundacji EMIR trafiają przypadki skrajnego znęcania się nad zwierzętami. Czasem są to byli mieszkańcy pseudoschronisk lub pseudohodowli, czasem psy wyrzucone z pędzącego samochodu, a niekiedy również ofiary bestialstwa swoich właścicieli. Organizacja poddaje je operacjom ratującym zdrowie, a nierzadko nawet życie, odkarmia do tego stopnia wychudzone psiaki, że często przypominają szkielety. Gdy dochodzą do zdrowia poszukuje się dla nich odpowiedniego domu, takiego w którym naprawdę będą kochane.
Od dwóch lat prowadzone są też ogólnopolskie akcje „STOP OKRUCIEŃSTWU W SCHRONISKACH” oraz „STOP PSEUDOHODOWLOM”. Do tej pory zlikwidowane zostały pseudohodowle w Konstantynowie Łódzkim i w Żyrardowie oraz schroniska – mordownie w Krzaczkach, Pieniążkach i Węgrowie. Organizacja odbiera zwierzęta schroniskom lub zwyrodniałym właścicielom i składa zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa do prokuratury. Wolontariusze z EMIRA prowadzą akcje edukacyjne mające na celu uświadamianie społeczeństwu, że zwierzę nie jest rzeczą, czuje, cierpi, jest zdolne do kochania, a jego krew jest czerwona – zupełnie jak nasza.
EMIR zwraca również uwagę na wadliwy system ochrony zwierząt w Polsce. Prokuratura oraz sądy rozpatrują sprawy o maltretowanie zwierząt jako czyny o niskiej szkodliwości społecznej. Fundacja postuluje więc o zmianę ustawy o ochronie zwierząt. W 2006 roku po bestialskim zabiciu adoptowanego psa przez jego właścicielkę została zorganizowana akcja protestacyjna, podczas której zebrano aż 92 633 podpisów, a petycję o zaprzestaniu znęcania się nad zwierzętami i zmianie polskiego systemu prawnego skierowano do Prezydenta RP. Niestety mimo nagłośnienia całej sprawy akcja nie przyniosła skutku.
W tym roku o poprawę sytuacji zwierząt w Polsce postuluje wraz z EMIREM agencja reklamowa Young & Rubicam. Y&R przygotowało reklamy prasowe, billboardy, spoty oraz reklamy radiowe.
Ideą projektu „Skoro tak się o nich mówi, wyobraź sobie jak mogą być traktowane”
jest zwrócenie uwagi na funkcjonowanie w języku polskim negatywnie nacechowanych przysłów i związków frazeologicznych, których głównym bohaterem jest pies. Agencja uważa język za integralną część tożsamości, która przekłada się na ludzkie zachowanie. Wg Y&R istnieje związek między bestialskim traktowaniem zwierząt a mową potoczną. I właśnie ta myśl została wyeksponowana we wszystkich częściach składowych kampanii.
Kampanię zamieszczono m.in. na portalach youtube, wrzuta.pl, kampaniespołeczne.pl oraz marketing-news, a także na łamach dziennika Polityka.
Połączone działania EMIRA i Young & Rubicam, a także publikacje w mediach nagłaśniające całe przedsięwzięcie to duże osiągnięcie, ale to ciągle zbyt mało by rozwiązać problem znęcania się nad zwierzętami w Polsce. Dlatego do akcji włącza się również National Geographic, któremu loc wszystkich żyjących stworzeń jest szczególnie drogi.
Fundacja dla Ratowania Zwierząt Bezdomnych „EMIR” - nr KRS: 000148346
nr konta: 88 1050 1924 1000 0022 6878 6056 strona internetowa: www.fundacja-emir.org
Sprawa "kociego biznesmena" trafiła do prokuratury
Wczoraj rano policjanci przesłuchali mężczyznę, od którego kupiliśmy kocią skórę. Twierdzą, że... został pomówiony. Powołują się przy tym na jego tłumaczenia.
"Koci biznesmen” miał tylko ściągać skóry ze zwierząt potrąconych przez samochód.
- W tej chwili nic nie wskazuje na to, że ten mężczyzna popełnił przestępstwo - informuje Milena Galarda z biłgorajskiej policji. - Tłumaczy, że zbiera z ulicy koty potrącone przez samochód. A tego prawo nie zabrania.
Tę informację otrzymaliśmy wczoraj kilka godzin po przeszukaniu u "kociego biznesmena”. Policjanci znaleźli tam skóry zwierząt.
Mężczyzna ma pozwolenie na broń myśliwską. Ale funkcjonariusze twierdzą, że nie ma żadnych dowodów, by skóry pochodziły z nielegalnej działalności.
- Nie mamy podstaw do postawienia zarzutów - dodaje Galarda.
Tymczasem dzień wcześniej mężczyzna zachwalał nam kocie skórki na futro oraz kocie mięso, które świetnie nadaje się na kiełbasę. Ogłasza się też w lokalnej prasie. Mało tego: w centrum Biłgoraja o godz. 16 kupiliśmy od niego taką skórę. A już kilka minut później Halina Kowalska-Pyłka, szefowa lubelskiego Animalsa zgłosiła na policję w Biłgoraju zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
- Jak to możliwe, by wszystkie te koty wpadały temu panu pod samochód?! Nie zostawię tak tego, to zbyt drastyczne.
Sprawą zainteresowała się Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie. Jej rzecznik uspokaja: Sprawa jest w trakcie wyjaśniania. Akta zostały przekazane do prokuratury - mówi Janusz Wójtowicz.
- Apelujemy do wszystkich, którym zaginęły koty, by zgłaszali się na policję. Być może zidentyfikują skórę ze swojego czworonoga.
Dowiedzieliśmy się tymczasem, że o "kocim biznesmenie” w Biłgoraju głośno od dawna. Już w ubiegłym roku burmistrz Biłgoraja Janusz Rosłan zawiadomił miejscową policję o podejrzanym procederze.
- Wysłałem gazetę z ogłoszeniem o sprzedaży skór z kotów - mówi Janusz Rosłan. - Do dziś nie otrzymałem odpowiedzi.
Policja wszczęła wtedy postępowanie sprawdzające. Ale zostało umorzone. Także wtedy za dobrą monetę zostały przyjęte tłumaczenia mężczyzny, że skóry bierze z kotów potrąconych przez samochód.
Sprawę "kociego biznesmena” opisała też dwa tygodnie temu Agnieszka Tomaszewska, dziennikarka Nowej Gazety Biłgorajskiej. Ją także zelektryzowało ogłoszenie w prasie.
- Zadzwoniłam do tego pana i zapytałam o ofertę - opowiada.
- Odpowiedział, że posiada i handluje m.in. skórami z kotów kanapowych, rasowych, dzikich i bezdomnych o różnorodnym umaszczeniu. Dodał też, że sprzedaje mięso z kotów na pasztety i kiełbasy.
Dziennikarka opowiedziała o tym policjantom. Ale sprawa ucichła.
"Skóry wyprawione: lisy rude, koty, nutrie i inne”.
Ogłoszenie takiej treści ukazało się w Gazecie Reklamowej Powiatu Biłgorajskiego. Lisów już nie ma, koty są. Dobre i na futerko, i na kiełbasę.
O podejrzanym ogłoszeniu powiadomiła nas Halina Kowalska-Pyłka, szefowa Stowarzyszenia Lubelski Animals. - To się w głowie nie mieści, żeby handlować kocimi skórami! Przecież te koty na skórki trzeba skądś wziąć. Pytanie: Skąd?
Postanowiliśmy to sprawdzić.
Futerko widziałe
Dzwonimy pod numer z ogłoszenia. Mówimy, że potrzebujemy skórek na futro. Najlepiej z lisa.
- Lisy już sprzedane. Ale nutrie i koty jeszcze są - wyjaśnia nam mężczyzna.
- Co jeszcze jest?! - nie dowierzamy słysząc o kotach.
- Koty. Różne koty: czarne, rude, bure.
- Ale koty na futro się nadają? Jakoś tak dziwnie nosić futro z kotów... - wahamy się.
- Ludzie biorą kocie skórki na krzyż, korzonki i kręgosłup. Ale futerko też widziałem. Tyle że na futro potrzeba z 10 skórek. W jednym kolorze tylu teraz nie mam.
Przecież kryzys jest…
Mężczyzna chętnie opowiada o swoim biznesie. Zachwala kocie skórki, które "są bardzo ciepłe i zdrowe”. Kosztują jedyne 50 zł. Zachwyca się też kocim mięsem, które - jak twierdzi - jest bardzo zdrowe i świetnie nadaje się na kiełbasę. Jest pewny siebie, nie traci animuszu nawet wtedy, gdy dziwimy się jego zwyczajom żywieniowym.
- A co mam jeść w czasach kryzysu? - pyta obcesowo.
Dopytujemy więc, skąd bierze koty na skórki i kiełbasę. Łapie je może na ulicy? - A to tak łatwo, myśli pani, kota złapać na ulicy - śmieje się mężczyzna. - Świeże mam koty, z własnej hodowli - opowiada. - Jak się pani zdecyduje na kotka, to proszę dzwonić.
Decydujemy się na transakcję
Tym razem do kociego biznesmena dzwoni nasz dziennikarz. Nie ma problemu z umówieniem się, mężczyzna zapowiada, że przyniesie dwie skórki: większą za 50 zł i małą za 35 zł. Ma być to cudowne lekarstwo na bolące "korzonki”.
Transakcja ma być przeprowadzona w warunkach konspiracyjnych. Mężczyzna nie chciał umówić się w swoim domu czy np. w kawiarni. Na miejsce spotkania wybrał parking naprzeciwko Spółdzielczego Domu Handlowego w Biłgoraju.
Dlaczego? Bo to jedno z najruchliwszych miejsc w mieście, a on widać chciał się ukryć w tłumie. Na spotkanie przyszliśmy w czwartek, o godz. 15.45. Pojawiliśmy się dziesięć minut wcześniej. Nasz fotoreporter skrył się w jednym z okolicznych sklepów. Gdy wybiła wyznaczona godzina pojawił się mężczyzna w kolorowej kurtce i w głęboko nasadzonej czapce. Miał przyciemniane okulary.
Trochę myśliwy
- Czeka pan na kogoś? - zapytał, rozglądając się wokół.
- Na skórki - wypaliłem.
- A nie jest pan z gazety, bo się mną już jakieś media interesują.
- Daj pan spokój - odparłem wymijająco i wyciągnąłem portfel, bo miałem wrażenie, że mężczyzna zaraz się spłoszy (widać nie wyglądam na miłośnika kocich skórek).
To go natychmiast przekonało. Spod kolorowej kurtki wyciągnął pomiętą reklamówkę. Były w niej dwie skóry. Wybrałem mniejszą, biało-rudą. Zauważyłem w niej niewielkie dziurki, prawdopodobnie ślady po śrucie. Bez wątpienia pochodziła z kota.
- Jestem takim trochę myśliwym - tłumaczył podczas transakcji "koci biznesmen”. - Skąd biorę skórki? Od takich kotów, co po polach biegają. Dzikich. Wszystko jest legalne.
Mężczyzna zainkasował pieniądze i ulotnił się. A my zawiadomiliśmy policję i organizacje zajmujące się ochroną zwierząt.
Sprawa znana od dawna
- Od dawna mieliśmy sygnały, że taki proceder w regionie istnieje - mówi Marta Pfeifer, zastępca szefa zamojskiej Fundacji dla Ratowania Zwierząt Bezdomnych "Emir”. - Nie mieliśmy jednak dowodów. Trudno powiedzieć, jaka jest skala problemu, ale nie jest to na pewno pojedynczy przypadek… Niestety, wiele osób wierzy w przeciwreumatyczne działanie kocich skór.
Okazuje się, że nie tylko organizacje obrony zwierząt wiedziały o procederze. Już rok temu burmistrz Biłgoraja Janusz Rosłan powiadomił policję o dziwnym ogłoszeniu w lokalnej prasie. - Kocham ludzi i zwierzęta. Handel kocimi skórkami i reklamowanie tego w prasie to nie jest normalna sprawa - tłumaczy burmistrz Janusz Roslan.
Ale policja sprawę umorzyła. Bo mężczyzna twierdził, że zbiera koty potrącone przez samochód.
Wczoraj burmistrz nie chciał wierzyć, że handel kocimi skórkami w najlepsze kwitnie w centrum Biłgoraja: Mam psa i dwa koty. Nie wyobrażam sobie, by coś mogło im się stać.
Hoduje koty, potem je zabija, wyprawia skóry i sprzedaje po 50 zł. Taki "biznes” prowadzi mężczyzna pod Biłgorajem. Reklamuje się w lokalnej gazecie,
a w swoim procederze nie widzi nic złego.
"Skóry wyprawione: lisy rude, koty, nutrie i inne”. Ogłoszenie takiej treści znaleźliśmy w Gazecie Reklamowej Powiatu Biłgorajskiego. Dzwonimy pod wskazany numer i pytamy o lisy na futro.
- Lisy już sprzedane. Ale koty i nutrie jeszcze są - wyjaśnia nam mężczyzna. - Jakie koty? A różne: czarne, rude, bure. Tyle że na futro potrzeba z 10 skórek. A tylu w jednym kolorze to nie mam.
Mężczyzna chętnie opowiada o swoim biznesie. Zachwala kocie skórki, które "są bardzo dobre i zdrowe”. Kosztują jedyne 50 zł. - Ludzie na krzyż, korzonki i kręgosłup biorą. Ale futerko też widziałem.
Zachwyca się też kocim mięsem, które - jak twierdzi - jest bardzo zdrowe i świetnie nadaje się na kiełbasę.
Skąd bierze koty? Zapewnia, że na ulicy ich nie łapie, bo "jest ochrona zwierząt”. - Świeże mam koty, z własnej hodowli - opowiada. - Jak się pani zdecyduje, to proszę dzwonić.
Zdecydowaliśmy się na transakcję. Mężczyzna nie chciał się spotykać u siebie, zaproponował centrum Biłgoraja. Na spotkanie pojechał nasz dziennikarz. "Biznesmen” od razu rozpoznał w nim kupca, ale upewnił się jeszcze, że nie ma do czynienia z dziennikarzem, bo "media już się nim interesują”. Miał ze sobą dwie skórki: małą za 35 zł i dużą za 50 zł.
Kupiliśmy małą, biało-rudą. Jest puszysta, nie ma wątpliwości, że pochodzi z kota. Są w niej niewielkie dziurki, prawdopodobnie ślady po śrucie. - Trochę jestem myśliwym, trochę poluję. Koty biorę takie, co po polach biegają - tłumaczył tym razem.
O hodowli kotów "na skórki” powiadomiliśmy organizacje obrony zwierząt i Straż dla Zwierząt. Wszyscy byli zszokowani.
- Tyle lat zajmuję się zwierzętami, a z tak wstrząsającym procederem się nie spotkałam - mówi Halina Kowalska-Pyłka, prezes stowarzyszenia lubelski "Animals”. - Tam musi natychmiast wejść policja. Składam zawiadomienie.
- To najgorsze bestialstwo! - oburza się Zdzisław Małysz, komendant Straży dla Zwierząt. - Zabijanie kotów w celu pozyskiwania skór jest zabronione. Natychmiast zawiadamiamy prokuraturę.
"Koci biznesmen” uważa tymczasem, że jego działalność jest legalna. Innego zdania są obrońcy zwierząt.
- Koty to zwierzęta domowe, towarzyszące człowiekowi. Takich zwierząt nie można zabijać bez uzasadnienia, mówi o tym ustawa o ochronie zwierząt
- tłumaczy Aniela Roehr, wiceprezes Stowarzyszenia Obrońców Zwierząt ARKA.
- Za to grozi do roku więzienia, a jeśli zwierzę zostało zabite ze szczególnym okrucieństwem - do dwóch lat.
Dziennik ujawnia: Obdziera koty ze skóry
Hoduje koty, potem je zabija, wyprawia skóry i sprzedaje po 50 zł.
Taki "biznes” prowadzi mężczyzna na Lubelszczyźnie. Reklamuje się w lokalnej gazecie, a w swoim procederze nie widzi nic złego.
"Skóry wyprawione: lisy rude, koty, nutrie i inne”. Ogłoszenie takiej treści znaleźliśmy w jednej z gazet. Dzwonimy pod wskazany numer i pytamy o lisy na futro.
- Lisy już sprzedane. Ale koty i nutrie jeszcze są - wyjaśnia nam mężczyzna. - Jakie koty? A różne: czarne, rude, bure. Tyle, że na futro potrzeba z 10 skórek. A tylu w jednym kolorze to nie mam.
Mężczyzna chętnie opowiada o swoim biznesie. Zachwala kocie skórki, które "są bardzo dobre i zdrowe”. Kosztują jedyne 50 zł. - Ludzie biorą na krzyż, korzonki i kręgosłup. Ale futerko też widziałem.
Zachwyca się też kocim mięsem, które - jak twierdzi - jest bardzo zdrowe i świetnie nadaje się na kiełbasę i wątróbki.
Skąd bierze koty? Zapewnia, że na ulicy ich nie łapie, bo "jest ochrona zwierząt”. - Świeże mam koty, z własnej hodowli - opowiada. - Jak się pani zdecyduje, to proszę dzwonić.
Zdecydowaliśmy się na transakcję.
O tym, w jakich okolicznościach doszło do spotkania i jak kupowaliśmy skórę zdartą z kota - czytaj jutro.
W starożytnym Egipcie koty codziennie miały swoje święto. Dziś na całym świecie kota głaszcze się częściej 17 lutego.
Okoliczności ustanowienia tego święta są owiane tajemnicą. Idea uczczenia kotów powstała najprawdopodobniej we Włoszech. Koty ze wszystkich miast świata najbardziej upodobały sobie bowiem Rzym.
Koty są dziś najpopularniejszymi zwierzętami domowymi, goszczą one w około 33 proc. domów w Polsce, wygrywając pod tym względem nawet z psami. Więcej ludzi trzyma koty tylko w Australii i USA.
Pomysłodawcą Światowego Dnia Kota w Polsce są Polskie Federacjie Felinologiczne "Felis Polonia" miesięcznik "Kocie Sprawy".
W trakcie Światowego Dnia Kota organizowane są pokazy kotów rasowych i akcje charytatywne; pod hasłem "Rasowce - Dachowcom". Zbierane są pieniądze i dary rzeczowe dla bezdomnych kotów.
Na stronie miesięcznika "Kocie Sprawy" można zanleźć informacje na temat organizowanych imprez związanych z tym świętem (TOZ Kraków i Stowarzyszenie „U Siemachy” zaprasza na koncert z okazji Światowego Dnia Kota, podczas którego odbędzie się aukcja charytatywna. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych dnia 17.02.2009r. o godzinie 18:00 w placówce Stowarzyszenia.„U Siemachy” przy ul. Długiej 42
)
Dzisiaj również w sieci można znaleźć bardzo dużo artykułów związany z Światowym Dniem Kota
Program TVP Warszawa "Mój pies i inne zwierzaki" i łódzka lekarz weterynarii Anna Mróz zdobyli tytuł Kociarza Roku 2008. W kategorii Instytucja zwyciężyła Fundacja Viva!
Dwudniowym obchodom święta towarzyszyła wystawa 400 kotów rasowych w Hotelu Gromada. Dochód, w ramach akcji "Rasowce - dachowcom", zasili schronisko na Paluchu.
Chociaż oficjalnie Międzynarodowy Dzień Kota przypada na 17 lutego, warszawscy kociarze świętowali go w walentynkowy weekend. Kocie święto dotarło do Polski cztery lata temu i z każdym rokiem obchodzone jest coraz huczniej.
Gwoździem imprezy jest wręczenie mosiężnych statuetek Kociarzom Roku. Podczas sobotniej gali naczelny redaktor miesięcznika "KOT"
wręczył je trojgu nagrodzonym.
W kategorii Osoba odebrała ją Anna Mrozek, lekarz weterynarii, wolontariuszka schroniska dla zwierząt w Łodzi. Doktor Mrozek zabiera najbardziej potrzebujące koty do swojej lecznicy i leczy je na własny koszt.
- Tę nagrodę odbieram w imieniu wszystkich polskich lekarzy weterynarii pomagających bezdomnym kotom - powiedziała tegoroczna laureatka. Martyna Rux, redaktor programu TVP Warszawa "Mój pies i inne zwierzaki", zwycięzcy w kategorii Media, zapewniła, że nagroda stanie w redakcji na honorowym miejscu. Wśród instytucji wygrała Fundacja Viva!, nominowana obok Fundacji For Animals i Kociego Azylu w Konstancinie - schroniska w prywatnym domu Ireny Jarosz.
Podczas gali specjalny gość Krzysztof Skiba zlicytował trzy kocie suweniry - unikalny kalendarz ze zdjęciami kotów ze schroniska na Paluchu, styropianową rzeźbę 10-letniej karmicielki kotów Natalki oraz porcelanową figurkę kota z Zakładów Porcelany w Ćmielowie, przekazaną przez parę prezydencką - Marię i Lecha Kaczyńskich. Prezydent
- Kociarz Roku 2007 - nie mógł osobiście przybyć na galę, ale jego kot zarobił najwięcej - aż 1500 zł z wyjściowych 10 zł. Galę zakończyła defilada kotów, niesionych na rękach przez właścicieli. Obok persów, maine coona i syjamów wystąpił głośno oklaskiwany dachowiec.
Podczas gali zapowiedziano otwarcie pierwszego w Polsce ośrodka dla bezdomnych kotów Koteria, które odbędzie się we wtorek przy ul. Kaleńskiej 3. Lekarze z Koterii będą za darmo sterylizować i odrobaczać wolno żyjące zwierzęta. Karmiciele przyprowadzający swoich podopiecznych nie będą musieli płacić za zabieg.
Koty to najpopularniejsze zwierzęta domowe w Polsce. Są w 1/3 domów. W stolicy koty dokarmia kilkuset karmicieli.